Z Mroczy na koniec świata. Amerykańska przygoda i podróże Mariana Dąbrowskiego
Marian Dąbrowski to 68-letni podróżnik z Mroczy, który od lat przemierza najdalsze zakątki naszej planety. W ostatnim czasie złożył on wizytę w mroteckim magistracie i podzielił się z Burmistrzem Miasta i Gminy Mrocza Jarosławem Okonkiem swoimi wrażeniami z niedawno odbytej wyprawy do Stanów Zjednoczonych. Jak na lokalnego patriotę przystało, Marian Dąbrowski w swą ostatnią podróż zabrał oczywiście flagę z herbem Mroczy. Jak więc wygląda życie „za wielką wodą”? Zachęcamy do przeczytania poniższej rozmowy!
Wycieczka do którego kraju okazała się początkiem realizacji Pana podróżniczej pasji?
– Wszystko zaczęło się w 2008 roku od wyjazdu do Indii i Nepalu. To było pierwsze tak dalekie zderzenie z inną kulturą, które rozbudziło we mnie ciekawość świata. Od tamtej pory nie potrafię usiedzieć w miejscu. Odwiedziłem już kilkadziesiąt krajów, od Namibii, Madagaskaru i Ugandy, po Kolumbię, Ekwador i kraje Azji Południowo-Wschodniej.
Podróżowanie w ostatnich latach nie było łatwe. Czy pandemia mocno pokrzyżowała Panu plany?
– Zdecydowanie... W 2020 roku miałem w planach Mongolię, Chiny i Syberię, ale niestety wyjazd nie doszedł do skutku. Dziś, ze względu na sytuację geopolityczną, powrót do tych planów jest bardzo niepewny. Pamiętam też rok 2021 i wyprawę do Ameryki Południowej – świeżo po pandemii zasady były bardzo restrykcyjne. Przekraczanie granicy między Kolumbią a Ekwadorem było wielką niewiadomą, bo musieliśmy na miejscu wykonać badania. Na szczęście cała nasza grupa przeszła przez to pomyślnie, choć kosztowało nas to sporo nerwów i dodatkowych wydatków.
Ostatnio wrócił Pan z 13-dniowej wyprawy po Stanach Zjednoczonych. Co najbardziej Pana zaskoczyło w USA?
– Skala. Ameryka to ogromne przestrzenie, gdzie samochód jest absolutną koniecznością. Dowiezienie dziecka do szkoły czy dojazd do pracy to często dystanse rzędu 50-100 kilometrów w jedną stronę. Zaskoczyły mnie też autostrady w Kalifornii – szerokie na cztery pasy w każdą stronę – oraz widok samochodów autonomicznych, poruszających się bez kierowcy. W Polsce to wciąż brzmi jak science-fiction, a tam już zaczyna być codziennością.
Zwiedził Pan m.in. Los Angeles, San Francisco, Park Sekwoi czy Dolinę Śmierci. Które miejsce zapadło Panu w pamięć najbardziej?
– Park Narodowy Sekwoi i drzewo „General Sherman”. To niezwykłe przeżycie stanąć obok organizmu, który ma 2800 lat i jest tak potężny, że potrzeba 25 mężczyzn, by go objąć! Z kolei Dolina Śmierci pokazała nam swoje bezlitosne oblicze – podczas naszego pobytu temperatura w cieniu skoczyła z 43 do 44 stopni Celsjusza. Jedna z uczestniczek naszej grupy przekonała się wtedy, jak ważne jest odpowiednie obuwie – jej klapki po prostu zaczęły się topić na rozgrzanym piasku. To była cenna lekcja pokory wobec natury.
Podróżowanie wiąże się także z nowymi doznaniami kulinarnymi. Jak Pan ocenia jedzenie w USA?
– O jakości jedzenia nie będę tutaj opowiadał, bo z tym bywa różnie, jednakże te amerykańskie porcje! Warto pamiętać, że tamtejsza wersja „duża” w restauracji często przekracza możliwości jednego człowieka. Dlatego też po jednym takim większym zamówieniu, już w kolejnych dniach – przez cały wyjazd – decydowałem się na wersję "small" poszczególnych dań, które okazywały się wystarczające dla mnie. Z ciekawostek – w jednym ze sklepów trafiłem na produkt o nazwie „Polska Kiełbasa”. To było miłe zaskoczenie, bo tego typu produktów można się raczej spodziewać w Chicago, gdzie mieszka najwięcej Polaków.
Podczas wyprawy przemierzyliście kilka stanów. Czy zauważył Pan różnice między nimi?
– Zdecydowanie. Stany Zjednoczone to fascynujący przykład tego, jak bardzo prawo może się różnić w zależności od przekroczonej granicy stanowej. Najlepiej widać to na przykładzie hazardu. Wjeżdżając z Kalifornii do Nevady, wkraczamy do zupełnie innej rzeczywistości – w Nevadzie, z Las Vegas na czele, hazard jest legalny i stanowi ogromną część gospodarki, podczas gdy w Kalifornii przepisy są pod tym względem bardzo restrykcyjne i wręcz przeciwnie – zakazują wielu form gier hazardowych. Podróżując po USA, trzeba być więc świadomym, że po przekroczeniu „niewidzialnej” granicy stanu, obowiązujące przepisy prawa mogą się znacząco zmienić.
A jeśli chodzi o tempo zwiedzania?
- To była intensywna podróż. Z Las Vegas polecieliśmy samolotem do Detroit, a stamtąd udaliśmy się w stronę Waszyngtonu, Filadelfii i Nowego Jorku. Poruszanie się po samym Manhattanie było męczące – tam zdecydowanie szybciej wszędzie dojść pieszo niż próbować przebić się przez korki samochodem.
Czy ma Pan już plany na kolejną podróż?
– Na razie daję sobie czas na odpoczynek. Każda taka wyprawa to ogromny wysiłek fizyczny i finansowy. Chciałbym kiedyś zobaczyć argentyńską Patagonię, ale to plany na dalszą przyszłość. Najpierw muszę nabrać sił.
Dla tych, którzy chcieliby posłuchać Pana opowieści na żywo – czy będzie taka okazja?
– Tak! Wspólnie z Miejsko-Gminnym Ośrodkiem Kultury i Rekreacji planujemy spotkanie w sali „Pod Kunami”. Odbędzie się ono na początku lipca. Pokażę mnóstwo zdjęć i opowiem więcej szczegółów z mojej amerykańskiej przygody. Już teraz serdecznie zapraszam wszystkich mieszkańców Mroczy!
Na zakończenie wizyty Mariana Dąbrowskiego w Urzędzie Miasta i Gminy Mrocza, Burmistrz Jarosław Okonek wręczył mu skromny upominek, życząc przy tym kolejnych, udanych podróży po całym świecie.
Z podróżnikiem rozmawiał: Mateusz Mielcarek - Referat Obsługi Administracyjnej i Promocji
Zdjęcia: Mateusz Mielcarek/Kolekcja Mariana Dąbrowskiego
/Autor nie wyraża zgody na komentowanie/

